|
il est bon de lire entre les lignes, cela fatigue moins les yeux..
Sacha Guitry
środa, 07 marca 2007
czwartek, 25 stycznia 2007
Nienawidze. Latac.
nienawidze latac. jak na osobe, ktora moze ubiegac sie o bilet miesieczny lub tytul honorowego dawcy pieniedzy w tanicj liniach lotniczych wyznanie to jest, musicie przyznac odrobine zaskakujace. ja. naprawde. nie. lubie. latac. jestem jedna z tych osob, ktore glosza teze, ze jesli czlowiek mialby latac to PAn Bog dalby mu skrzydla. podpisuje sie pod tym obiema recami.. i staram sie nie dopuszczac do mojej swiadomosci mysli, ze wiekszosc zwolennikow tej tezy jest conajmniej 3razy starsza odemnie i wielbi ojca Rydzyka... we wtorek wylecialam z Paryza aby spedzic cudowne dwa dni z rodzina i lekarzami... wszystko bylo pieknie zaplanowane, nawet wino z przyjacielem o pierwszej w nocy z okazji mojego zaliczonego semestru... stwierdzenie, ze trzeslo to nic.. turbulencje przy tym to wlaczona pralka... ten samolot prawie sie rozlecial! powaznie, w pewnym momencie juz mialam prawie nadzieje, ze sie rozbijemy... pomoc by szybko przyjechala, daliby nam koce a ja bym mogla w koncu zapalic.. nie rozbilismy sie, za to samolot 3razy podchodzil do ladowania, zeby w koncu wyladowac w Katowicach.. o czym poinformowali nas dopiero po tym jak pilot zostal oklaskany za fantastyczne umiejetnosci ladowania w tak ciezkich warunkach.. witamy w Katowicach.. ekhm.. w Katowicach to nawet moja babcia by wyladowala... wkurzona jak jasna cholera wyslalam esemesa do Thomasa, ze jestem w srodku nocy uwieziona na zapyzialym lotnisku "in the middle of nowhere" gdzie diabel mowi dobranoc... czekam czekam czekam.. zero reakcji, wkurwiona jeszcze bardziej dzwonie do Francji i sie wyzywam na swoim strasznym facecie, ktory sobie najwyrazniej gwizda z problemow swojej dziewczyny..a mowil, ze kocha... jak juz ostentacyjnie rzucilam sluchawka wyciagnelam z czelusci torby francuski telefon.. a tam sms od mojego slodkiego kochania..no tak... taka byla umowa, mial pisac na ten drugi, bo taniej... zdecydowanie wina obarczam za to tanie linie lotnicze... taka wpadka dowodzi tylko slusznosci mojej tezy, ze latanie jest nie dla ludzi.. a juz na pewno nie dla palaczy... jak sobie pomysle, ze mamy leciec do Nowego Jorku...
poniedziałek, 25 grudnia 2006
na koniec?
tydzien temu wrocilam do rodzicow. i jest fajnie. znaczy sie jest dobrze, te same narzekania, ze sie nie usmiecham i ze mnie nie ma w domu. normalne. nawet za tym tesknilam. w ciagu tych kilku dni udalo mi sie spotkac wiekszosc osob, ktore chcialam plus pare niespecjalnie spodziewanych lub chcianych. przez te kilka dni zdarzylam sie wkurzyc, przyznac sobie prawo do odpoczynku, nie skorzystac z tego prawa i znowu sie wkurzyc. chyba zamkne tego bloga, sluzyl mi ladnie prawie rok ale chyba powinnam sie zajac czyms innym. mam zbuntowany i przemeczony mozg a polowa moich znajomych nie moze zrozumiec, ze moze ci sie po prostu nie chciec. jak mozna nie robic planow na nadchodzacy miesiac, ktore powoduja brak snu, podkrazone oczy i przyspieszone tetno, no jak?a tak, ze ja mam dosc, ja teraz odpoczywam. jade do szwecji, tam jest cicho, przynamniej mam taka nadzieje. a co sie stanie z tym blogiem to jeszcze do konca nie wiem ale mozliwe, ze jednak zostanie zamkniety a na jego miejsce powstanie nowy, inny, nie wiem. poki co wesolych swiat.
środa, 15 listopada 2006
koszmary
w pewnym momencie myslalam, ze bede pisac w miare regularnie, bo internet mam na uczelni, bo internet mam w bibliotekach a teraz?a teraz jedyna mysl jaka sie pojawia od piatku, to to, ze jestem zmeczona, tak bardzo zmeczona.. emocje jakim bylam poddawana od czwartku nie daja mi spac a koszmaru znowu wrocily i sa coraz gorsze...i ja nie wiem jak sobie z nimi poradzic, kiedy thomas spi obok jest dobrze, zawsze wstanie i sprawdzi czy okno przy kuchni jest zamkniete na wypadek co by strzyga nie wlazla do srodka, wszystko zrozumie, przytuli i sie zaopiekuje, natomiast kiedy zostaje sama z nocnymi potworami... jestem zmeczona... a chyba jeszcze bardziej przerazona tym, ze mi sie udalo... i ze nam sie udalo.. chaotycznie pisze, poprawie sie;) poki co walcze z jednym demonem przeszlosci o nazwie Florencja... poki co mam3strony a nawet nie zblizylam sie do sedna... ide na papierosa.
środa, 08 listopada 2006
so you left home or you came home?
takim pytaniem zostalam powitana przez Thomasa.. wlasciwie to wrocilam do domu, kilku osobom usilowalam wyjasnic na czym to polega.. nie wiem czy sama do konca to rozumiem ale bedac w Paryzu, jestem u siebie.. kiedy bylam w Krakowie mowilam: musze juz wracac do rodzicow.. ewentualnie, u mnie w domu.. i wtedy bylo wiadome; ze mam na mysli to male studio przy Republique... dziwna sprawa... dziwna notka, jedyne co chcialam powiedziec to to, ze pobyt w Krakowie uswiadomil mi, ze juz teraz moim miejscem jest Paryz, przynajmniej na najblizsze kilka lat... hawk
wtorek, 07 listopada 2006
czwartek, 02 listopada 2006
ja w krainie ksiazek...
wczoraj biblioteka otwarta byla, wyjatkowo, od 11.. jako osoba wychowana w polsce i zmuszona do zycia poza nia postanowilam mimo wszystko sie do biblioteki wybrac, bo czemu nie.. myslalam, ze bedzie malo ludzi, ze spokojnie znajde sobie ksiazke mary barnes i poczytam o szalenstwie, ot takie przyjemne spedzenie dnia wszystkich swietych, skoro nie moge isc z rodzina na grob dziadka to przynajmniej sie poucze! taki mialam plan, wiedziona przekonaniem, ze i tak wszyscy "tutejsi" beda zapalac lampki na grobach, beda jesc rodzinne obiady.. wstalam okolo 11, bardzo bardzo spozniona, bo budzik dzwonil od 7h30:)dotarlam na miejsce o 12.. stalam w kolecje ponad godzine... ksiazki nie znalazlam, wiec zabralam sie za lingwistyke... miejsca szukalam przez 20minut az wdziecznie klapnelam na podlodze pomiedzy albumami Rembrandta i zdjeciami z roznych krajow... tak trwalam przez godzin dwie starajac sie zrozumiec na czym polega lingwistyka wedlug szkoly francuskiej;)okolo godziny 14 miala do mnie dolaczyc Anne Laure, jako ze sie trudno znalezc w tym ogromnym miejscu wyslalam jej smsa z dokladnymi instrukcjami: 3pietro, 7sektor, 40regal, przy scianie i tak czekalam... oznajmiam wszem i wobec, ze Anne Laure pobila moj rekord stania w kolejce.. otoz to biedactwo zawziete w sobie stalo 2h30 abu dostac sie do srodka.. niemozliwe?a jednak;) z moich obserwacji wynika, ze do biblioteki chodza glownie japonczycy, chinczycy, wlosi i ja:)poza nami jest mnostwo licealistek, ktore przychodza sie pokazac.. przypomina to wybieg lub troche bardziej swojsko Plaze lub inne centrum handlowe w weekend... moze ja jestem dziwna ale kiedy ja ide do biblioteki to priorytetem dla mnie jest to, zeby mi bylo WYGODNIE w ubraniu a zwlaszcza w butach jakie zaloze.. otoz jak sie to dowiedzialam najwazniejsze jest to, zeby sie przejsc na super wysokich obcasach do katalogu, ktory znajduje sie na koncu sali, pomimo, ze drugi znajduje sie zaraz obok stukajac na tyle glosno, zeby nawet ten chlopak co wlasnie slucha audycji na jednym ze stanowisk oderwal sie od swojego zajecia i dostrzegl zgrabnie wystajace stringi:)ksiazki nalezy wybierac jak najwieksze, zeby od wejscia mozna bylo dostrzec tytul i autora, szkoda, ze tak malo jest tutaj pozycji w innych jezykach niz francuski;)no coz.. staram sie nie byc zlosliwa, thomas tlumaczy mi, ze to normalne zjawisko i ze sie musze przyzwyczaic.. staram sie;) poki co bardziej mnie to bawi niz denerwuje ale nie wiem jak dlugo;) a teraz wybaczcie ide pisac exposé na prawo, bo zostaly mi tylko 3tygodnie a jeszcze musi to sprawdzic thomas(czy aby na pewno to jest napisane po francusku) i tom(czy aby to na pewno jest napisane po francusku i w dodatku w zargonie prawniczym) nigdy przenigdy nie wybierajcie przedmioty, ktory w nazwie ma wolnosc wypowiedzi...przedmiot ciekawy ale ja juz osobiscie mam dosc M.Conte, ktory nie dosc, ze nudzi to jeszcze straszy:)a mnie juz kojarzy bardzo dobrze po tym jak mi uzmyslowil, ze co z tego, ze jestem obcokrajowcem, dostalam sie na studia oznacza, ze moge byc traktowana jak kazdy inny student francuski, no bo przeciez erazmusem nie jestem... no nie jestem....
sobota, 28 października 2006
c'est trop cooooooool, quoi:)
Francja to dziwny kraj, jej mieszkancy jeszcze dziwniejszy.. z kazdym dniem zastanawiam sie czy to ja sie wychowalam w specyficznym srdowisku czy po prostu razem z moimi przyjaciolmi jestesmy snobami i ludzmi odklejonymi od rzeczywistosci.. rozumiem, ze slang musi istniec, normalna sprawa, sama klne jak szewc- czasami;) i uzywam wyrazen, ktore daleko odbiegaja od poprawnosci lub znaczenie ich jest obce conajmniej 3/4 ludzkosci, bo kto na przyklad odgadnie kim dla mnie jest kangur, co?natomiast nigdy, przenigdy nie zrozumiem skad u francuzow mania przewartosciowywania rzeczy... przyklad? kiedy sa super zadowoleni mowia: c'est trop cool.. tlumaczenie? to jest az nazbyt zajebiste.. zonk? za bardzo??ale osochodzi??? kolejna rzecz, ktora mnie zachwyca i utrzymuje w przekonaniu, ze jestem tepa to biblioteka w paryzu, potocznie nazywana Beaubourg... kiedy spytasz sie przecietnego studenta- francuza kim byl Seneka, istnieje niebezpieczenstwo, ze dowiesz sie, iz Seneka byl grekiem... ciekawy stan wiedzy.. natomiast kiedy chcesz wejsc do biblioteki zdarza sie, ze musisz stac w kolejce ponad dwie godziny zanim Cie wpuszcza... bo jest za duzo ludzi.. jestem coraz bardziej zachwycona tym miejscem...
wtorek, 10 października 2006
being like... paranoid
bycie paranoikiem we wspolczesnym swiecie nie jest najlepszym pomyslem, zwlaszcza tutaj gdzie postanowilam mieszkac przez najblizszy czas.. po pierwsze, metro: chcesz skasowac bilet wiesz ze pracownik RATP cie obserwuje, rece ci sie trzesa, pomimo ze bilet jest dobry, uczciwie za niego zaplacono, numer wpisano a zdjecie na legitymacji, pomimo ze straszne to jednak cie przypomina.. wchodzisz to metra a tam ludzie.. ludzie dziwni, znudzeni jak sie juz nie chca patrzec w okno, za ktorym i tak nic nie widac to patrza sie na ciebie.. kolejny dowod na to, ze cie obserwuja... po drugie, moja uczelnia: wyglada jak amerykanskie liceum a w srodku ludzie tez specjalnie nie odbiegaja zachowaniem od ogolnoe przyjetych standardow.. masz kolorowe podkolanowki? badz pewien, ze zostanie to zauwazone i odpowiednio skomentowane, dodatkowy minus jest taki, ze skoro nie mowisz w ich jezyku, bardzo prosto jest sie pomylic co do intencji mowiacego i to co jest komplementem, ty bedac paranoikiem odbierzesz to w sposob wiadomy.. po trzecie, ja: moich sasiadow uwazam za szpiegow(hello, oni tylko jedza albo pala a jak juz siedza przy stole to pilnie sie w niego wpatruja...), kazda osobe, ktora poznaje traktuje jako kogos kto albo juz mnie nie lubi albo za chwile do tego dojdzie.., moj facet, ktory jest kochany i sie mna zajmuje na pewno mnie nie kocha i jak tylko sie pojawi jakis problem to rzuci mnie w cholere i poszuka innej, ladniejszej, mlodszej(sic! juz mam ten problem, dosyc wczesnie, co?), madrzejszej, lepszej w lozku i ogolnie totalnie o mnie zapomni... bycie paranoikiem jest straszne, zwlaszcza jesli jedynym sposobem radzenia sobie z tym jest sila autosugestia(lekarzu lecz sie sam?), ze tak nie jest lub rozmowy przez internet z osobami mi bliskimi, ktore nigdy tu nie byly, nie widzialy sytuacji o ktorych mowie i ogolnie maja tylko moja, subiektywna relacje.. bycie paranoikiem to ciezki kawalek chleba, zwlaszcza na obczyznie...
czwartek, 28 września 2006
koniec
mijaja dwa tygodnie jak tu jestem i oficjalnie uznaje, ze od dzisiaj konczy sie moj okres aklimatyzacyjny, dwa tygodnie to stanowczo az za duzo. uczelnia juz nie jest taka przerazajaca a thomas dzisiaj przez telefon rzucil z przekasem na moje a-nie-wiem-co-bede-robic, moze sie poucz.. stanowczo oznacza to, ze koniec z obijaniem sie tylko dlatego, ze sie boje i mam depresje, koniec, teraz jak sie obijac to tylko dlatego, ze chce i dlatego, ze moge.. odebralam dzisiaj karte z banku- nie jestem juz turystka mam mieszkanie, ktore musze sprzatac co by nie utonac w brudzie mam ubrania, ktore nalezy prac, zeby moc wyglagad jak czlowiek, nie oszukujmy sie, nawet jeansy sie brudza;) mam faceta, o ktorego trzeba dbac, bo niestety jest dokladnie taki sam jak ja, jak juz pracuje to na calego, on przynajmniej nie zapomina jesc, w przeciwienstwie do mnie;) od dzisiaj koniec etapu przejsciowego- skoro juz sie zastanawiam, na ktore zajecia nie musze az tak czesto chodzic i juz obmyslam jaka prace bym chciala znalezc- koniec okresu depresji, jeczenia, ze chce wracac, ze sobie nie poradze.. najwyrazniej nie taki diabel straszny.. bedzie dobrze;) dlatego wracam do siebie co by posprzatac czyli: zlozyc lozko po kilku dniach, poukladac to kupe ubran z podlogi, bo szafa sie zrobila dziwnie pusta a ja nie mam gdzie nogi postawic jak chce przeskoczyc do lazienki zmyc gary odkurzyc umyc lazienke najchetniej to bym jeszcze zmienila posciel ale mam tylko polowe kompletu na zmiane a brat przyjezdza za tydzien... dam rade;) a potem sie po prostu poloze na lozku i nie bede robic nic;) |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
:)
Bywam tu przed, w trakcie i po kawie..:)
Forward
Moje koła ratunkowe
Znajomo nieznajomi
|